Berta - ciekawostki nr 97816
Znany brytyjski hipnotyzer przed zabiegiem sam się zahipnotyzował! Dzięki temu w ogóle nie czuł bólu - słyszał za to pękające kości. Każdy w swoim życiu zetknie się z salą operacyjna. Większość z nas oczekuje, że przed zabiegiem zastosowany będzie lek znieczulający. Okazuje się, że nie dla każdego jest to takie oczywiste. Alex Lenkei, mieszkaniec miejscowości Worthing, cierpiał na zapalenie stawów w swojej prawej ręce. Lekarze postanowili poddać 61-latka operacji. Mieli zamiar znieczulić go rutynowo, tak jak każdego innego pacjenta. Lenkei jednak nie pozwolił się znieczulić środkami farmakologicznymi. Postanowił wyręczyć anestezjologa i znieczulił się sam. Zrobił to w bardzo oryginalny sposób - wprowadził się w hipnozę. Trwało to około minuty. Po wejściu w stan hipnozy pacjent poczuł, że "wpada w głębokie odprężenie". Przez cały czas trwania operacji na sali w pogotowiu był anestezjolog gotowy w każdej chwili podać lek. Nie było to jednak potrzebne. Lenkei jest zarejestrowanym hipnotyzerem, praktykuje już 45 lat. - Byłem całkowicie świadomy tego, co dzieje się wokół mnie. Słyszałem rozmawiających ludzi, a także narzędzia chirurgiczne, piłę i młotek - mówi odważny Brytyjczyk. I dodaje jeszcze:
Marzeniem Andrew Dahla był wpis w Księdze Rekordów Guinnessa. Wszystko wskazuje na to, że piątek jego pragnienie się spełniło. W ciągu godziny napełnił powietrzem 213 balonów, nadmuchując je nosem! Ojciec chłopca, Doug Dahl sprawdzał, czy każdy z balonów ma minimum 20 centymetrów w obwodzie. Natomiast mama, Wendy Dahl liczyła nadmuchane balony. W pewnym momencie Andrew spytał rodziców, czy bicie rekordu można potraktować jako codzienny ćwiczenia gry na trąbce. - Tylko, gdybyś grał na niej nosem - rozwiała jego nadzieje Wendy Dahl. 13-latek już raz próbował pobić rekord. W lutym nadmuchał 184 balony. Wtedy jednak rekord nie został uznany, ponieważ balony zawiązywał ojciec chłopca. Tym razem Andrew sam się tym zajmował i jego wyczyn prawdopodobnie zostanie wpisany do Księgi rekordów Guinnessa.
vseo.pl
Harry Potter jako krzewiciel wartości moralnych i dobra, a także uosobienie mrocznych sił, czarów i manipulacji - takie dwa portrety słynnego małego czarodzieja przedstawia watykański dziennik "L'Osservatore Romano". Gazeta opublikowała dwa artykuły na temat bohatera sagi JK Rowling - entuzjastyczny i zdecydowanie krytyczny. W pierwszym tekście podkreśla się, że książki o Harrym Potterze "przedstawiają wizję osoby kierującej się wartościami moralnymi, takimi jak wybór dobra, ofiarowanie, poświęcenie, przyjaźń i miłość". W artykule zatytułowanym "Nie siła sukcesu, ale pokora daru z samego siebie" jego autor Paolo Gulisano przypomina, że jest to saga dla dzieci i dorosłych, dla pokolenia czytającego niewiele więcej niż SMS-y. A mimo to - dodaje - książki te odniosły nadzwyczajny sukces i mają miliony czytelników. W zamieszczonym obok artykule pod tytułem "Błędny wizerunek bohatera" Edoardo Riali zwraca uwagę na to, że książki te proponują "jako wartość pozytywną czary, gwałtowną manipulację rzeczami i osobami dzięki mrocznej wiedzy". Jego zdaniem powieści tych nie da się porównać z dziełami Tolkiena i Lewisa, "chrześcijańskich autorów najbardziej uwielbianych bajek XX wieku".
Śmierć to w życiu jedyna pewna rzecz. Jednak sposób, w jaki nas dosięgnie, nie ma nic wspólnego z pewnością. Z ujawnionych tydzień temu tajnych dokumentów brytyjskiego rządu wynika, że w 1980 roku zlecono naukowcom obliczenie prawdopodobieństwa śmierci Brytyjczyka w wyniku uderzenia spadającej asteroidy. Badania miały na celu udowodnienie opinii publicznej, że energia atomowa jest bezpieczna, a na świecie istnieje masa innych, bardziej śmiercionośnych rzeczy niż pobliski reaktor jądrowy. Kiedy faceci w białych fartuchach zabrali się za obliczenia okazało się, że uderzenie asteroidy okaże się śmiertelne dla jednego mieszkańca Wielkiej Brytanii co... siedem tysięcy lat. Po ujawnieniu tych informacji brytyjski dziennik "The Daily Mirror" pokusił się o przedstawienie kilku mniej lub bardziej prawdopodobnych sposobów spotkania "ponurego kosiarza". I tak: prawdopodobieństwo śmierci w wyniku ataku rekina wynosi 1 do 300 milionów. Co roku około 40 osób pada ofiarą "szczęk". Liczba ta jednak nieustannie rośnie, ponieważ coraz więcej ludzi wybiera na wakacyjny odpoczynek wybrzeża, gdzie mieszkają rekiny. Prawdopodobieństwo, że zginiemy od uderzenia spadającego orzecha kokosowego to 1 do 250 milionów. W ten sposób ginie rocznie około 150 osób.
Dużym popytem w brytyjskich sklepach cieszy się przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia i Nowego Roku urządzenie, mocno tłumiące apetyt impulsami elektrycznymi. Nabywcy urządzenia mają nadzieję, że nie pozwoli ono na przytycie w czasie zbliżających się świątecznych uczt. Według twórców urządzenia, impulsy działają na struktury nerwowe, odpowiadające za odczucie nasycenia żołądka. W rezultacie mózg otrzymuje sygnały o tym, że pokarm został spożyty w wystarczającej ilości, chociaż w rzeczywistości dana osoba zjadła całkiem niewiele bądź nawet nie dotykała obiadu, czy kolacji. Urządzenie wypróbowali specjaliści z Uniwersytetu Londyńskiego. Doświadczenia wykazały, że studenci, którzy z niego korzystali, zaczęli jeść mniej.